środa, 17 lutego 2010

Zabieg

Do zabiegu miałem przygotować całą masę badać, w tym: badanie krwi, szczepionka przeciwko żółtaczce, EKG, rentgen klatki piersiowej, zaświadczenie od lekarze rodzinnego, stomatologa.
Na zabieg stawiłem się ok.9:00 w poniedziałek 8 lutego. Przed operacją musiałem podpisać parę dokumentów. Byłem w lekkim szoku, gdy czytałem na temat powikłań pooperacyjnych- m.in. urazy nerwów, brak czucia, paraliż i zgon…. Nie było wyjścia… Musiałem podpisać i zgodzić się na znieczulenie bo nie wiem czy ktokolwiek wytrzymałby operację bez tego zastrzyku. Na operację czekałem do 14:50. Przede mną było operowane 3 osoby. Przyznaję, że przed operacją denerwowałem się…. Najgorsze jest czekanie. Ale gdy już wiedziałem, że już pora na mnie, powiedziałem sobie: „czego tu się bać, nerwy nigdy nie pomogły” . Wyluzowałem się. Założyłem bokserki, dali mi jakiś kaftan na górę :) i poszedłem lekko kulejąc. Tam usiadłem i dali mi zastrzyk znieczulający w plecy. W ostatnich kłuciach poczułem ciepło w stopach. Położyłem się. Z minutę na minutę coraz słabiej czułem nogi. Na początku czuje się ciepło w nogach a później tak jak czasami noga ściargnie to podobne uczucie tylko mocniejsze. Po kilku minutach już nie mogłem podnieść nóg do góry. Czułem jakby moje nogi były wypełnione gorącym betonem. Leżąc, cała grupa specjalistów i pomocników zaczęła krzątać się i przygotowywać wszystko. Było ich w sumie ok. siedmiu. Oddzielili mnie kotarą na wysokości tułowia żebym nic nie widział w czasie operacji. Pamiętam moment kiedy podnieśli moja nogę a ja nic nie czułem, wydawało mi się, że ona leży. Strasznie dziwne uczucie. Nie mogłem na to patrzeć. To wyglądało jakbym leżał i obok ktoś podnosił moją nogę- nogę manekina. Zabieg zaczął się ok. 15:00. Przez cały czas stała przy mnie pielęgniarka i mierzyła ciśnienie. Na początku miałem ciśnienie 140/80 więc trochę za duże. Później spadło. Przez cała operację leżałem i obserwowałem to co dzieję się w moim kolanie na monitorze obok. W sumie miałem chyba 6 wierceń w kościach, 4 na śruby na nowe więzadła i 2 na jakąś wielką śrubę (ciemna, pozostałe były srebrne). Nie jestem specjalistą i dlatego piszę to w ten sposób. Dziwne było uczucie wiercenia. Niby nic się nie czuło ale było to odczuwalne w pewien sposób. Kilka razy lekarz uderzał młotkiem w śruby i wtedy cała część mojego ciała (lewa strona- lewe operowane kolano) poruszała się. Przez większość zabiegu leżałem jak naćpany... Im było bliżej końca tym mniej osób przebywało przy mnie. Pod koniec zdjęto mi pas zaciskowy na brzuchu. Czułem, że krew z góry zaczęła mi spływać poniżej tułowia i zacząłem trochę szybciej oddychać, trwało to chwilę. Z sali operacyjnej wyjechałem po dwóch godzinach, byłem zadowolony:) Po przełożeniu mnie na łóżko przykryto mnie dosyć grubo. Przez 12 godzin nie mogłem podnosić głowy. Myślałem, że zasnę, ale nie mogłem. Na początku miałem lekkie dreszcze ale po ok.10 min przeszły. Czułem się całkiem nieźle (miałem dość dużo energii a nie spałem tego dnia od 3:30, gdyż musiałem dojechać do Łodzi).Czucie w nogach powróciło mi dopiero po 3 godzinach po zakończeniu operacji (dostałem większą dawkę, ponieważ ważę ok. 95kg)i poczułem dość spory ból- tak jakby śruba w kolanie wrzynała się. Dostałem zastrzyk z ketonalem i przeszło. W nocy spałem tylko kilka godzin (3-4), gdyż nie potrafię spać na plecach. I tak minął pierwszy dzień...

Kolejne dni.....

Do szpitala udałem się następnego dnia. Oczywiście jak zawsze rutynowe działania, czyli Izba Przyjęć a na niej – wizyta u lekarza i skierowanie na RTG na którym zeszło się prawie 2 godziny i wreszcie rozmowa z lekarzem. Z kolana spuścił mi 3 strzykawki krwi. Lekarz na kliszy nic nie zobaczył. O dziwo nie kazał wkładać w gips. Być może pamiętał już mnie z wcześniejszych wizyt, ponieważ już ok.10 razy byłem w szpitalu ze skręconymi kostkami, gdzie wypisywali mi karteczkę do gipsowni, a ja mówiłem, ze nie trzeba. Brałem papierek i wracałem do domu. Tym razem miałem założyć ortezę ( którą miałem po bracie, który 2 lata temu przechodził operację rekonstrukcji ACL ) i zapisać się na wizytę w szpitalu do ortopedy.
Następnego dnia, czyli 19.01 we wtorek wybrałem się do Łodzi do kliniki Magnus (http://www.m-magnus.com.pl/klinika/index.html). Tam miałem zrobione USG. Lekarz stwierdził, że krzyżowe mam raczej w porządku. Co do opisu… uszkodzenie łąkotki przyśrodkowej. Chciałbym podkreślić, że badanie miałem robione z obrzękiem. Następnie zostałem skierowany do dr. Krochmalskiego. Dr. na początku zaczął badać nogę, ale przeszkadzała mu w tym moja opuchlizna na kolanie, więc pozbył się jej. Dodatkowo dostałem zastrzyk z diprophosem (za którym nie przepadam ponieważ jest to lek sterydowy i wydaje mi się że ma krótkotrwałe działanie, w dłuższym terminie przynosi szkodę). Dr. zbadał moją lewą nogą poruszając ją w różnych płaszczyznach. Zauważyłem w swoim kolanie przysłowiową „szufladę”. Nie była ona zbyt widoczna, ale jednak była. Po tym teście kazał zapisać się na operację. Nie chciało się mi w to wierzyć… Więc zaproponował rezonans magnetyczny dla potwierdzenia jego diagnozy.
W czwartek 21.01 udałem się jeszcze do ortopedy (szpital wojewódzki). Lekarz obejrzał nogę, trochę poruszał, porównał ze zdrową nogą i powiedział, że nie ma sensu robić operacji. Powiedziałem o wczorajszej wizycie a on powiedział: " w życiu nic nie jest pewne, pewne jest to, że się urodziliśmy i zginiemy". Nie wiedziałem dalej co robić więc postanowiłem zrobić rezonans.
Rezonans zrobiłem w Warszawie 25.02. Potwierdziło się najgorsze- całkowite zerwanie ACL.

czwartek, 28 stycznia 2010

Jak to się stało ?

Był to wyjazdowy mecz z Olsztynem 17.01.2010 r. Mecz odbywał się na sali z gumową nawierzchnią (sal tego rodzaju strasznie nienawidzę, ponieważ obciążają stawy, zdecydowanie najlepszą nawierzchnią do uprawiania koszykówki jest parkiet). Była to druga kwarta… Biegłem do szybkiego ataku, piłkę dostałem w okolicy linii rzutów za 3 pkt. Wchodząc w dwutakt lewa noga zblokowała mi się na powierzchni i pod wpływem tej blokady moje kolano skręciło się do środka. Od razu przewróciłem się i poczułem duży ból w kolanie. Z pomocą kolegów opuściłem boisko. W chwili upadku nie czułem żadnego trzaśnięcia w kolanie, nie było też przeprostu. W pierwszych minutach ból odczuwałem po obu stronach kolana. Siedząc na ławce przybiegła do mnie pielęgniarka i dała mi dosłownie 4 kostki lodu ! :) Zapytałem się czy to nie dużo. A ona nic… Po kilku minutach poprosiłem o więcej a ona : „ przecież mówił pan, że to dużo”. Nie ma jak pełen profesjonalizm w udzielaniu pierwszej pomocy… Cały mecz spędziłem siedząc i trzymając lód na kolanie. Do autokary dotarłem z pomocą kolegów. Nie mogłem w ogóle stanąć na nogę......

Wyjaśnienie

Na początku chciałbym wyjaśnić, dlaczego tworzę tego bloga. A więc… Chciałbym, aby blog ten mógł pomóc tym, którzy będę przechodzić cały proces związany z powrotem do zdrowia, zaczynając od momentu urazu aż do powrotu do pełnej sprawności ruchowej. Będę się starał na bieżąco opisywać w jakim stanie jest moja noga, jakie wykonuje ćwiczenia itp. Być może przyjdą mi do głowy inne ciekawe pomysły, z którymi z chęcią podzielę się.

Również z dużą niecierpliwością będę oczekiwał Waszych komentarzy (zarówno pozytywnych jak i tych negatywnych :) ).